Bez większych wstępów, gdyż początki nigdy nie były i nie będą moją mocną stroną, zapraszam do czytania mojego skromnego bloga. Nie będę opowiadać o sobie, bo najwięcej można się domyślić czytając moje wypociny. Ach, kocham tę dozę tajemniczości :D
Wszystkim z góry dziękuję za pozostawieniu swojej opinii, która jest dla każdego "pisarza" niezwykle cenna.
No to lecimy z tym koksem :D
Gika
***
Poprawiła
wrzynającą się w plecy i pachy marynarkę starając nie zwrócić na siebie uwagi i
tak już podejrzliwej, upiornej pokojówki stojącej w przejściu od zabytkowego,
wyglądającego jakby ktoś wylał na niego wannę ze srebrem, przedpokoju ,do
jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, zabytkowego i wytwornego salonu.
Myśli w jej
głowie gnały jak oszalałe. W sumie była z tego zadowolona. Nie była zmuszona
skupiać się na tej jednej, najważniejszej i najbardziej uciążliwej. Na tej,
która ją tu przywiodła.
Dwór Malfoy
Manor nie zrobił na niej większego wrażenia. Jak dla niej był zbyt zimny, zbyt
wielki i zbyt wymuskany. I po co obnosić się tak tymi kolorami: srebrem i
zielenią? Zwłaszcza w tych czasach. Narcyza musiała się tu czuć jak zakurzony,
zapomniany i niekompletny pionek szachowy. Jednak w pewnym stopniu potrafiła to
zrozumieć. Najpierw śmierć męża pozostawiła ją samą z całą odpowiedzialnością i
konsekwencjami jego poczynań. Została sama, słaba i upokorzona. Dwór był dla
niej zapewne ostatnim symbolem dawnej potęgi, którą i tak już dawno utraciła.
Później syn…Na samą myśl o Draconie rozbolała ją głowa. Oskarżany, piętnowany.
Ból matki, która nie może zapewnić schronienia swojemu jedynemu dziecku musiał
być niewyobrażalny.
A jednak,
uważała że zachowanie tej posiadłości było z jej strony czystą głupotą.
Zwłaszcza, że każdy wiedział co się tutaj wyprawiało kiedy Voldemo…Ten Którego
Imienia Nie Wolno Wymawiać się tu panoszył.
To świadectwo przynależenia do teraz najbardziej prześladowanego grona
mogło ją drogo kosztować.
-Pani Malfoy
już idzie.
Z zamyślenia
wyrwał ją głos innej pokojówki, pewnie tej która poszła zawiadomić Narcyzę o
jej wizycie.
Zmusiła się,
żeby nie podskoczyć ze strachu i nie wybiec z tego przerażającego domu po czym
ze sztywną elegancją kiwnęła głową na znak, że dziękuje za informacje.
Jak ona
nienawidziła tych wszystkich manier, kiwania główką, ukłoników, okropnych
garsonek i innych czystokrwistych dupereli. W jej domu tak nie było. Poza tym
ile pomocy domowych można trzymać na jednym metrze kwadratowym? Od kiedy tu
przyszła widziała ich co najmniej z dziesięć.
Jednak
uznała, że teraz powinna pomyśleć o czymś innym, o wiele ważniejszym.
Bo jak tu
przedstawić powód swoich odwiedzin?
„Jestem poszukiwana
listem gończym przez całe Ministerstwo Magii chociaż jestem niewinna, a jedyną
osobą, która może mi pomóc w jakikolwiek sposób jest Draco Malfoy, pański syn,
a pani jest najprawdopodobniej jedyną osobą, która wie gdzie on się obecnie
znajduje, więc…”
Nie to nie
brzmi zbyt dobrze.
Ale nie miała
czasu zastanowić się nad tym chociaż sekundy dłużej bo do salonu weszła pani
domu.
Narcyza
miewała lepsze lata w swoim życiu. Zawsze była piękna, temu nikt nie mógł
zaprzeczyć, ale siwe włosy i zmarszczki, których nabawiła się od wiecznych
zmartwień, zdecydowanie nie dodawały jej uroku.
Miała na
sobie czarny kostium, wyraz ciągłej żałoby po mężu, włosy związała w kok by
wyglądać jeszcze bardziej dystyngowanie, a czerwone usta miały zapewne odwrócić
uwagę od zmęczonych oczu.
Wstała,
wyprostowała się i z chłodnym wyrazem twarzy podała jej rękę.
-Witam.
Charleen Zabini.
Na twarzy
Pani Malfoy pojawił się kwaśny grymas gdy ściskała jej dłoń.
-Doskonale
wiem jak się nazywasz moja droga. Świetnie znam też historię twojej rodziny.
Dumny, czysty i stary ród. Z tym większą przykrością stwierdzam, że twoje
przyjście tutaj było niedopuszczalną bezczelnością.
Charleen
uniosła wysoko podbródek.
-Co ma pani
na myśli?
Narcyza
zaśmiała się gorzko wskazując jednocześnie by zajęła swoje poprzednie miejsce.
Sama usiadła w czarnym fotelu stojącym naprzeciwko niej. Założyła nogę na nogę
i przyjrzała się jej badawczo.
-Mam na myśli
to, że gdyby w tej chwili do mego domu wpadli aurorzy i znaleźli siedzącą tutaj
główną podejrzaną o brutalne morderstwo w imię Tego Którego Imienia Nie Wolno
Wymawiać, zawarzyłoby to nieco na mojej reputacji, nieprawdaż?
W dziewczynie aż się zagotowało. Reputacja Malfoy’ów już dawno legła w gruzach
i nie ma takiego człowieka, zaklęcia czy przyrządu, który mógłby ją odkopać . A
ta stara pruchwa jeszcze śmie ją oskarżać, jakby sama była lepsza od niej!
Jednak mając
na uwadze cel tej wizyty wolała nie wypowiadać tych słów głośno.
-Musi pani
jednak przyznać, że skoro zaryzykowałam przyjście tutaj, musi to o czymś
świadczyć.
Narcyza
uniosła brew co wyglądało jakby na diamencie szlifowanym z wielka starannością
pojawiła się dziwnie niepasująca do całości rysa, ale zaraz potem na jej twarz wróciła
wytworna maska. Skinęła na jednego z
skrzatów domowych krzątających się po piętrze i podniosła głos to
władczego, zimnego skrzeku:
-Sklejko,
przynieś herbatę. Tę z jaśminem.
Charleen
obserwowała jak przerażona skrzatka wygina się w ukłonie po czym jak oszalała
pędzi do kuchni, aż w końcu znowu przeniosła wzrok na Panią Malfoy. Ta
odchrząknęła i kontynuowała.
-O czym na
przykład?
-Na przykład
o tym, że jestem niewinna i nie boję się stanąć przed sądem, a chcę jedynie
znaleźć dowody, które mogłyby mnie przed nim obronić.
Narcyza
przechyliła głowę na bok, zachowując się jakby rozmawiały o pogodzie albo o
modowych ploteczkach.
-I jak pani
to zbieranie dowodów idzie, jeśli mogę spytać?
-To właśnie
jest powodem mojej wizyty.
Charleen z
trudem trzymała nerwy na wodzy. Chyba nic od bardzo dawna nie zirytowało jej tak
jak obojętność tej kobiety. Owszem słyszała, że jest zimną i nieczułą matroną,
ale żeby aż tak?
Z kolei Narcyza
była na skraju załamania, wybuchnięcia płaczem lub wypędzeniem tej gówniary ze
swojego domu. Nic nie wprowadzało jej w szał tak jak próba odebrania resztek
honoru i spokoju jej rodzinie. Jednak jej nazwisko nadal do czegoś
zobowiązywało, a ona nie chciała wyjść na niezrównoważoną albo i wręcz szaloną,
opuszczoną wdowę. Zmusiła się do uprzejmego ale kwaśnego uśmiechu.
-Zdążyłam się
domyśleć. A więc…?
Jej
wyczekujący głos zagłuszył szczęk porcelanowej zastawy stawianej na stoliku,
który je dzielił.
-Sklejka ma
szczęście. Jaśminowa prawie się skończyła. Dobrze że zostało jeszcze coś na
dnie, bo Sklejka dostałaby karę. Oj, straszną karę. Straszną, straszną. Dawno
nie było gości u Pani. Dawno, dawno. Herbata się kończy. Żaden gość nie pije
herbaty. Jaśminowej też nie. Nikt nie przychodzi. A dawniej gości było tyle, że
skrzaty cały czas kupowały herbatę. Różaną, och tak różaną. Różana jest pyszna.
Jaśminowa nie. Nikt nie pije Jaśminowej. Ciekawe kto to ta panienka, bo Pani
musi jej nie lubić skoro dała jej Jaśminową. Została jeszcze Pokrzywa. Pokrzywa
jest lepsza od Jaśminowej. Tak, tak, Pani musi jej bardzo nie lubić…
Skrzatka
mamrotała pod nosem nieco głośniej niż jej się mogło wydawać dopóki Pani Malfoy
nie przerwała jej przecedzonym przez zęby „Dziękuję Sklejko, porozmawiamy
później”.
Sklejka znowu
skłoniła się aż do podłogi i skulona uciekła z pokoju.
Charleen nie
zachęciła się zbytnio słowami skrzatki do spróbowania słabo zaparzonego płynu
oblewającego ścianki filiżanki z rodowym ornamentem, ale z czystego dobrego
wychowanie wzięła naczynko do rąk i udała, że zamacza w nim usta. Narcyza nadal
nie odrywała od niej wzroku.
-Muszę pani
powiedzieć, że jeśli byłabym winna tej zbrodni to nie miałabym czelności
przychodzić tu z jakąkolwiek prośbą.
-Ach, więc
twierdzisz, że jesteś niewinna? Jakże to oryginalne…
Uprzejma
maska pani Malfoy powoli zaczynała pękać ukazując oznaki zniecierpliwienia i
nerwów. Tu drgnięcie kącika ust, tu zaciśniecie oczu, głos na sekundę wyższy o
jedną oktawę.
Dziewczyna
poczuła dziwną satysfakcję ale i wściekłość, która pomimo jej woli ociężale ale
skutecznie wpełzała na jej twarz.
-Tak, proszę
sobie wyobrazić, że JESTEM niewinna. Nie zrobiłam nic z tych rzeczy, które mi
zarzucają. To nie ja torturowałam i zabiłam tamtą czarownicę. To nie moja wina,
że świadek widział tam dziewczynę podobną do mnie. Nie mam z tym nic wspólnego!
Jej nozdrza falowały ze złości a głos się
załamywał. Czuła się taka żałosna tłumacząc się tej przegranej kobiecie. Na
myśl, że mogłaby skończyć tak jak ona, lub nawet gorzej, krew ją zalewała.
Narcyza
patrzyła na nią jakby miała ochotę opluć ją jadem.
-Och, i
pewnie zaraz mi powiesz, że nie masz też nic wspólnego ze Śmierciożercami, tak?
Charleen
mimowolnie poprawiła prawy rękaw marynarki, choć wiedziała, że to co miało być
zakryte było zakryte idealnie.
Ściszyła głos
do szeptu.
-To nie ma
nic do rzeczy…
Narcyza
uniosła obie brwi jakby nie mogła uwierzyć w to co przed chwilą usłyszała.
-To nie ma
nic do rzeczy?! Ha! Czy ty słyszysz co mówisz dziewucho?! Myślisz, że ja nie
wiem, że byłaś marnym pionkiem w rękach
Voldemorta? Że nie wiem jak to jest? Mój mąż, mój syn, ja! I ty mówisz, że TO
nie ma nic do rzeczy! To zmienia całe życie! To niszczy całe życie…
Pani Malfoy
dopiero po chwili zorientowała się, że
stoi i wydziera się tak, że pewnie słyszeli ją aż w centrum Londynu, a
wszystkie skrzaty pouciekały z salonu. Z trudem zmusiła swój głos do chociaż
trochę mniej natarczywego tonu i
zwróciła się do młodej Zabini z goryczą.
-Ile ty masz
w ogóle lat, co? Dziewiętnaście, dwadzieścia? Pewnie jesteś w wieki Draco.
Westchnęła
ciężko i opadła na fotel.
-Powiesz w
końcu po co tu przylazłaś? – warknęła.
Charleen
uznała, że nie ma po co dalej owijać w bawełnę. I tak jej los zależy tylko od
„tak” lub „nie” Narcyzy, więc nie musi się dodatkowo upokarzać i się przed nią
płaszczyć.
-Nie chcę nic
od pani. Potrzebuję tylko jednej jedynej informacji. Gdzie jest Dracon? Tylko
on…
Pani Malfoy
przerwała jej gestem.
-Że co
proszę? Chcesz, żebym powiedziała ci gdzie jest mój syn, który był oskarżany o
używanie Czarnej Magii i dopiero niedawno się stąd wymknął, dobrze zrozumiałam?
Zabini tylko
kiwnęła głową.
-Tylko on
może mi pomóc. Zna kogoś kto ma wpływ na mój wyrok. Zresztą sam wie, że nigdy
nikogo nawet palcem nie ruszyłam…
-Przecież oni
go tu zlinczują! Nie ma mowy.
Narcyza
rozmasowywała sobie skronie, jakby na samą myśl o tym że Draco mógłby tutaj
wrócić nabawiła się migreny.
-Nic mu nie
zrobią. Jest już całkowicie oczyszczony z zarzutów po tym jak Potter i inni
zeznali, że działał pod wpływem szantażu. Zresztą dokładnie tak jak pani.
Pani Malfoy
prychnęła zupełnie nie przejmując się, że to nie przystoi.
-Nie chodzi o
sąd. Ludzie nadal widzą w nim Śmierciożercę, nie dadzą mu żyć. A tam gdzie jest
ma szansę zacząć wszystko od nowa. Przykro mi moja…droga, ale nie mogę ci
pomóc.
Pani Malfoy
spojrzała jej prosto w oczy i dała do zrozumienia, że uważa rozmowę za
zakończoną. Jednak Charleen nie zamierzała dać za wygraną tak szybko. Owszem
spodziewała się, że Narcyza nie wybiegnie z salonu i nie przyniesie jej
karteczki z obecnym adresem Dracona jakby dawała jej namiary na świetnego
projektanta sukien balowych, ale jej trzecie ślizgońskie oko mówiło że kobieta
wcale nie jest aż tak zatwardziała w tej decyzji na jaką chciała wyglądać.
-Niech mnie
pani wysłucha. Ja zeznawałam, że Draco jest niewinny.
Narcyza
zarzuciła głową, zapominając że jej włosy są ściśnięte w misternym koku.
-I co niby mu
te zeznania dały, co? Gdyby nie Potter…
Młoda Zabini
uśmiechnęła się przebiegle.
-Zna pani
przypowieść o jednym knucie przeważającym szalę?
Pani Malfoy
niemal zachłysnęła się tą bezczelnością. Oczywiście, że zdawała sobie sprawę,
że zeznania tej gówniary pomogły jej synowi, ale nie zamierzała jej za to
dziękować na kolanach.
-Proszę, nie mówmy
teraz o jakiś przypowieściach. Nie mamy wobec ciebie żadnych długów
wdzięczności.
Charleen
zmusiła się do najsłodszego uśmiechu jaki umiała przywołać. Tonący ogona smoka
się chwyta. A poza tym doprowadzenie Narcyzy do białej gorączki sprawiłoby jej
niemałą satysfakcje.
-Czyżby?
Myślę, że nie byłoby zbyt wygodnie dla waszej reputacji gdyby wydało się kilka sekretów rodzinnych. Kilka afer z
czasów Lucjusza, kilka romansów, oskarżeń. Nie mówię już o cofnięciu moich
zeznań. Tak, mogłoby być ciekawie…
Dziewczyna z
coraz bardziej szczerym uśmieszkiem obserwowała przerażenie pojawiające się w
oczach Narcyzy. Pewnie zdążyła skojarzyć fakty. Matka Charleen była największą
plotkarą jaki znał świat czarodziejów. Ale nie tylko ona rozpowiadała różne
ciekawe, nie zawsze prawdziwe, informacje, ludzie również opowiadali takie jej.
Kiedyś wśród nich była też Narcyza Malfoy. Głupota, głupota, głupota. Jak mogła do czegoś takiego dopuścić?
-Prorok Codzienny
miałby używanie. Może ,gdybym nie była
poszukiwana listem gończym oczywiście, mianowaliby mnie naczelną kolumny
towarzyskiej? Zabawny jest ten „brak długów wdzięczności”, prawda?
Oczy pani
Malfoy zwęziły się do szparek, z których ziała czysta nienawiść. Nie umiała trzymać
fasonu w takiej sytuacji. Cóż za bezczelność!
-Myślisz, że
kilka skandali jest warte tyle samo co bezpieczeństwo mojego dziecka?- syknęła.
Młoda Zabini
przechyliła głowę tak samo jak to przedtem zrobiła Narcyza. Już wiedziała, że
zdobyła przewagę.
-Tak, tak
właśnie myślę. Zwłaszcza, że bezpieczeństwu pani syna nic nie zagraża. A waszej
reputacji i owszem. No i niech pani
pomyśli, jeśli zostanę uniewinniona nie zmieni się tylko moje położenie, ale i
położenie wszystkich ślizgonów. Odzyskamy szacunek. W jaki sposób, to już moja
sprawa.
Narcyza z
trudem powstrzymała się od rzucenia się z paznokciami do gardła Charleen.
Wygrała. Cholerna, bezczelna gówniara wygrała. Jednak nie zamierzała dać jej
tego powodu do radości tak szybko. Godność przede wszystkim.
-Nie
przeceniasz zbytnio swoich możliwości?
Pani Malfoy
chwyciła za druga filiżankę z już dawno zimna herbatą, aby czymkolwiek zająć
ręce.
-Powiedzmy
tak: niech pani uwierzy mi na słowo. Dobrze pani na tym wyjdzie, zapewniam.
Charleen
uśmiechnęła się z triumfem. Nie musiała
długo czekać aż Narcyza wstała z fotela, podeszła do starego sekretarzyka,
wyciągnęła jakiś świstek papieru i nabazgrała coś na nim drżącą ręką.
Kobieta
podeszła do niej i wcisnęła jej karteczka w dłoń.
Młoda Zabini
nie odrywała swoich roześmianych i pełnych uczucia zwycięstwa oczu, od jej.
Tych zmęczonych i przepełnionych złością. Aż w końcu ciekawość wzięła górę i
spojrzała na skrawek drogiej papeterii zapełnioną pochyłym ,eleganckim pismem.
Westchnęła. Czeka
ją daleka podróż.
Kiedy już się
pożegnała i teleportowała do jakiegoś bezpiecznego miejsca zostawiając panią
domu samą, ta mogła nareszcie dać upust swoim emocją.
Żałowała
samej siebie. Tego, że jest taka słaba. Tego, że tak bardzo boi się co ludzie
powiedzą. Ale teraz nie ma już odwrotu. Sama uruchomiła machinę pełną
nieprzychylnych dla jej rodziny zdarzeń.
Opadła na
fotel i ukryła twarz w dłoniach.
-Namiesza w
naszym życiu, namiesza- szepnęła sama do siebie- Krzyżyk na drogę.
Otrzepała
suknię, wstała i znowu przybrała swoją nieodgadnioną maskę.
Poszła do
kuchni kazać skrzatom kupić herbatę. Różaną.
***
*tytuł: "Stary, lecz nie aż tak stary. Młody, lecz nie tak zarozumiały"~ One Republic "Counting stars". Chciałam odnieść się do osobowości i zachowań Narcyzy i Charleen :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz