sobota, 17 sierpnia 2013

1."Old, but I'm not that old. Young, but I'm not that bold"

Bez większych wstępów, gdyż początki nigdy nie były i nie będą moją mocną stroną, zapraszam do czytania mojego skromnego bloga. Nie będę opowiadać o sobie, bo najwięcej można się domyślić czytając moje wypociny. Ach, kocham tę dozę tajemniczości :D
Wszystkim z góry dziękuję za pozostawieniu swojej opinii, która jest dla każdego "pisarza" niezwykle cenna.
No to lecimy z tym koksem :D

Gika

***

Poprawiła wrzynającą się w plecy i pachy marynarkę starając nie zwrócić na siebie uwagi i tak już podejrzliwej, upiornej pokojówki stojącej w przejściu od zabytkowego, wyglądającego jakby ktoś wylał na niego wannę ze srebrem, przedpokoju ,do jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, zabytkowego i wytwornego salonu.
Myśli w jej głowie gnały jak oszalałe. W sumie była z tego zadowolona. Nie była zmuszona skupiać się na tej jednej, najważniejszej i najbardziej uciążliwej. Na tej, która ją tu przywiodła.
Dwór Malfoy Manor nie zrobił na niej większego wrażenia. Jak dla niej był zbyt zimny, zbyt wielki i zbyt wymuskany. I po co obnosić się tak tymi kolorami: srebrem i zielenią? Zwłaszcza w tych czasach. Narcyza musiała się tu czuć jak zakurzony, zapomniany i niekompletny pionek szachowy. Jednak w pewnym stopniu potrafiła to zrozumieć. Najpierw śmierć męża pozostawiła ją samą z całą odpowiedzialnością i konsekwencjami jego poczynań. Została sama, słaba i upokorzona. Dwór był dla niej zapewne ostatnim symbolem dawnej potęgi, którą i tak już dawno utraciła. Później syn…Na samą myśl o Draconie rozbolała ją głowa. Oskarżany, piętnowany. Ból matki, która nie może zapewnić schronienia swojemu jedynemu dziecku musiał być niewyobrażalny.
A jednak, uważała że zachowanie tej posiadłości było z jej strony czystą głupotą. Zwłaszcza, że każdy wiedział co się tutaj wyprawiało kiedy Voldemo…Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać się tu panoszył.  To świadectwo przynależenia do teraz najbardziej prześladowanego grona mogło ją drogo kosztować.
-Pani Malfoy już idzie.
Z zamyślenia wyrwał ją głos innej pokojówki, pewnie tej która poszła zawiadomić Narcyzę o jej wizycie. 
Zmusiła się, żeby nie podskoczyć ze strachu i nie wybiec z tego przerażającego domu po czym ze sztywną elegancją kiwnęła głową na znak, że dziękuje za informacje.
Jak ona nienawidziła tych wszystkich manier, kiwania główką, ukłoników, okropnych garsonek i innych czystokrwistych dupereli. W jej domu tak nie było. Poza tym ile pomocy domowych można trzymać na jednym metrze kwadratowym? Od kiedy tu przyszła widziała ich co najmniej z dziesięć.
Jednak uznała, że teraz powinna pomyśleć o czymś innym, o wiele ważniejszym.
Bo jak tu przedstawić powód swoich odwiedzin?
„Jestem poszukiwana listem gończym przez całe Ministerstwo Magii chociaż jestem niewinna, a jedyną osobą, która może mi pomóc w jakikolwiek sposób jest Draco Malfoy, pański syn, a pani jest najprawdopodobniej jedyną osobą, która wie gdzie on się obecnie znajduje, więc…”
Nie to nie brzmi zbyt dobrze.
Ale nie miała czasu zastanowić się nad tym chociaż sekundy dłużej bo do salonu weszła pani domu.
Narcyza miewała lepsze lata w swoim życiu. Zawsze była piękna, temu nikt nie mógł zaprzeczyć, ale siwe włosy i zmarszczki, których nabawiła się od wiecznych zmartwień, zdecydowanie nie dodawały jej uroku.
Miała na sobie czarny kostium, wyraz ciągłej żałoby po mężu, włosy związała w kok by wyglądać jeszcze bardziej dystyngowanie, a czerwone usta miały zapewne odwrócić uwagę od zmęczonych oczu.
Wstała, wyprostowała się i z chłodnym wyrazem twarzy podała jej rękę.
-Witam. Charleen Zabini.
Na twarzy Pani Malfoy pojawił się kwaśny grymas gdy ściskała jej dłoń.
-Doskonale wiem jak się nazywasz moja droga. Świetnie znam też historię twojej rodziny. Dumny, czysty i stary ród. Z tym większą przykrością stwierdzam, że twoje przyjście tutaj było niedopuszczalną bezczelnością.
Charleen uniosła wysoko podbródek.
-Co ma pani na myśli?
Narcyza zaśmiała się gorzko wskazując jednocześnie by zajęła swoje poprzednie miejsce. Sama usiadła w czarnym fotelu stojącym naprzeciwko niej. Założyła nogę na nogę i przyjrzała się jej badawczo.
-Mam na myśli to, że gdyby w tej chwili do mego domu wpadli aurorzy i znaleźli siedzącą tutaj główną podejrzaną o brutalne morderstwo w imię Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, zawarzyłoby to nieco na mojej reputacji, nieprawdaż?
 W dziewczynie aż się zagotowało.  Reputacja Malfoy’ów już dawno legła w gruzach i nie ma takiego człowieka, zaklęcia czy przyrządu, który mógłby ją odkopać . A ta stara pruchwa jeszcze śmie ją oskarżać, jakby sama była lepsza od niej!
Jednak mając na uwadze cel tej wizyty wolała nie wypowiadać tych słów głośno.
-Musi pani jednak przyznać, że skoro zaryzykowałam przyjście tutaj, musi to o czymś świadczyć.
Narcyza uniosła brew co wyglądało jakby na diamencie szlifowanym z wielka starannością pojawiła się dziwnie niepasująca do całości rysa, ale zaraz potem na jej twarz wróciła wytworna maska. Skinęła na jednego z  skrzatów domowych krzątających się po piętrze i podniosła głos to władczego, zimnego skrzeku:
-Sklejko, przynieś herbatę. Tę z jaśminem.
Charleen obserwowała jak przerażona skrzatka wygina się w ukłonie po czym jak oszalała pędzi do kuchni, aż w końcu znowu przeniosła wzrok na Panią Malfoy. Ta odchrząknęła i kontynuowała.
-O czym na przykład?
-Na przykład o tym, że jestem niewinna i nie boję się stanąć przed sądem, a chcę jedynie znaleźć dowody, które mogłyby mnie przed nim obronić.
Narcyza przechyliła głowę na bok, zachowując się jakby rozmawiały o pogodzie albo o modowych ploteczkach.
-I jak pani to zbieranie dowodów idzie, jeśli mogę spytać?
-To właśnie jest powodem mojej wizyty.
Charleen z trudem trzymała nerwy na wodzy. Chyba nic od bardzo dawna nie zirytowało jej tak jak obojętność tej kobiety. Owszem słyszała, że jest zimną i nieczułą matroną, ale żeby aż tak?
Z kolei Narcyza była na skraju załamania, wybuchnięcia płaczem lub wypędzeniem tej gówniary ze swojego domu. Nic nie wprowadzało jej w szał tak jak próba odebrania resztek honoru i spokoju jej rodzinie. Jednak jej nazwisko nadal do czegoś zobowiązywało, a ona nie chciała wyjść na niezrównoważoną albo i wręcz szaloną, opuszczoną wdowę. Zmusiła się do uprzejmego ale kwaśnego uśmiechu.
-Zdążyłam się domyśleć. A więc…?
Jej wyczekujący głos zagłuszył szczęk porcelanowej zastawy stawianej na stoliku, który je dzielił.
-Sklejka ma szczęście. Jaśminowa prawie się skończyła. Dobrze że zostało jeszcze coś na dnie, bo Sklejka dostałaby karę. Oj, straszną karę. Straszną, straszną. Dawno nie było gości u Pani. Dawno, dawno. Herbata się kończy. Żaden gość nie pije herbaty. Jaśminowej też nie. Nikt nie przychodzi. A dawniej gości było tyle, że skrzaty cały czas kupowały herbatę. Różaną, och tak różaną. Różana jest pyszna. Jaśminowa nie. Nikt nie pije Jaśminowej. Ciekawe kto to ta panienka, bo Pani musi jej nie lubić skoro dała jej Jaśminową. Została jeszcze Pokrzywa. Pokrzywa jest lepsza od Jaśminowej. Tak, tak, Pani musi jej bardzo nie lubić… 
Skrzatka mamrotała pod nosem nieco głośniej niż jej się mogło wydawać dopóki Pani Malfoy nie przerwała jej przecedzonym przez zęby „Dziękuję Sklejko, porozmawiamy później”.
Sklejka znowu skłoniła się aż do podłogi i skulona uciekła z pokoju.
Charleen nie zachęciła się zbytnio słowami skrzatki do spróbowania słabo zaparzonego płynu oblewającego ścianki filiżanki z rodowym ornamentem, ale z czystego dobrego wychowanie wzięła naczynko do rąk i udała, że zamacza w nim usta. Narcyza nadal nie odrywała od niej wzroku.
-Muszę pani powiedzieć, że jeśli byłabym winna tej zbrodni to nie miałabym czelności przychodzić tu z jakąkolwiek prośbą.
-Ach, więc twierdzisz, że jesteś niewinna? Jakże to oryginalne…
Uprzejma maska pani Malfoy powoli zaczynała pękać ukazując oznaki zniecierpliwienia i nerwów. Tu drgnięcie kącika ust, tu zaciśniecie oczu, głos na sekundę wyższy o jedną oktawę.
Dziewczyna poczuła dziwną satysfakcję ale i wściekłość, która pomimo jej woli ociężale ale skutecznie wpełzała na jej twarz.
-Tak, proszę sobie wyobrazić, że JESTEM niewinna. Nie zrobiłam nic z tych rzeczy, które mi zarzucają. To nie ja torturowałam i zabiłam tamtą czarownicę. To nie moja wina, że świadek widział tam dziewczynę podobną do mnie. Nie mam z tym nic wspólnego!
 Jej nozdrza falowały ze złości a głos się załamywał. Czuła się taka żałosna tłumacząc się tej przegranej kobiecie. Na myśl, że mogłaby skończyć tak jak ona, lub nawet gorzej, krew ją zalewała.
Narcyza patrzyła na nią jakby miała ochotę opluć ją jadem.
-Och, i pewnie zaraz mi powiesz, że nie masz też nic wspólnego ze Śmierciożercami, tak?
Charleen mimowolnie poprawiła prawy rękaw marynarki, choć wiedziała, że to co miało być zakryte było zakryte idealnie.
Ściszyła głos do szeptu.
-To nie ma nic do rzeczy…
Narcyza uniosła obie brwi jakby nie mogła uwierzyć w to co przed chwilą usłyszała.
-To nie ma nic do rzeczy?! Ha! Czy ty słyszysz co mówisz dziewucho?! Myślisz, że ja nie wiem, że byłaś marnym pionkiem  w rękach Voldemorta? Że nie wiem jak to jest? Mój mąż, mój syn, ja! I ty mówisz, że TO nie ma nic do rzeczy! To zmienia całe życie! To niszczy całe życie…
Pani Malfoy dopiero po chwili zorientowała się,  że stoi i wydziera się tak, że pewnie słyszeli ją aż w centrum Londynu, a wszystkie skrzaty pouciekały z salonu. Z trudem zmusiła swój głos do chociaż trochę mniej natarczywego  tonu i zwróciła się do młodej Zabini z goryczą.
-Ile ty masz w ogóle lat, co? Dziewiętnaście, dwadzieścia? Pewnie jesteś w wieki Draco.   
Westchnęła ciężko i opadła na fotel.
-Powiesz w końcu po co tu przylazłaś? – warknęła.
Charleen uznała, że nie ma po co dalej owijać w bawełnę. I tak jej los zależy tylko od „tak” lub „nie” Narcyzy, więc nie musi się dodatkowo upokarzać i się przed nią płaszczyć.
-Nie chcę nic od pani. Potrzebuję tylko jednej jedynej informacji. Gdzie jest Dracon? Tylko on…
Pani Malfoy przerwała jej gestem.
-Że co proszę? Chcesz, żebym powiedziała ci gdzie jest mój syn, który był oskarżany o używanie Czarnej Magii i dopiero niedawno się stąd wymknął, dobrze zrozumiałam?
Zabini tylko kiwnęła głową.
-Tylko on może mi pomóc. Zna kogoś kto ma wpływ na mój wyrok. Zresztą sam wie, że nigdy nikogo nawet palcem nie ruszyłam…
-Przecież oni go tu zlinczują! Nie ma mowy.
Narcyza rozmasowywała sobie skronie, jakby na samą myśl o tym że Draco mógłby tutaj wrócić nabawiła się migreny.
-Nic mu nie zrobią. Jest już całkowicie oczyszczony z zarzutów po tym jak Potter i inni zeznali, że działał pod wpływem szantażu. Zresztą dokładnie tak jak pani.
Pani Malfoy prychnęła zupełnie nie przejmując się, że to nie przystoi.
-Nie chodzi o sąd. Ludzie nadal widzą w nim Śmierciożercę, nie dadzą mu żyć. A tam gdzie jest ma szansę zacząć wszystko od nowa. Przykro mi moja…droga, ale nie mogę ci pomóc.
Pani Malfoy spojrzała jej prosto w oczy i dała do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną. Jednak Charleen nie zamierzała dać za wygraną tak szybko. Owszem spodziewała się, że Narcyza nie wybiegnie z salonu i nie przyniesie jej karteczki z obecnym adresem Dracona jakby dawała jej namiary na świetnego projektanta sukien balowych, ale jej trzecie ślizgońskie oko mówiło że kobieta wcale nie jest aż tak zatwardziała w tej decyzji na jaką chciała wyglądać.
-Niech mnie pani wysłucha. Ja zeznawałam, że Draco jest niewinny.
Narcyza zarzuciła głową, zapominając że jej włosy są ściśnięte w misternym koku.
-I co niby mu te zeznania dały, co? Gdyby nie Potter…
Młoda Zabini uśmiechnęła się przebiegle.
-Zna pani przypowieść o jednym knucie przeważającym szalę?
Pani Malfoy niemal zachłysnęła się tą bezczelnością. Oczywiście, że zdawała sobie sprawę, że zeznania tej gówniary pomogły jej synowi, ale nie zamierzała jej za to dziękować na kolanach.
-Proszę, nie mówmy teraz o jakiś przypowieściach. Nie mamy wobec ciebie żadnych długów wdzięczności.
Charleen zmusiła się do najsłodszego uśmiechu jaki umiała przywołać. Tonący ogona smoka się chwyta. A poza tym doprowadzenie Narcyzy do białej gorączki sprawiłoby jej niemałą satysfakcje.
-Czyżby? Myślę, że nie byłoby zbyt wygodnie dla waszej reputacji gdyby wydało się kilka sekretów rodzinnych. Kilka afer z czasów Lucjusza, kilka romansów, oskarżeń. Nie mówię już o cofnięciu moich zeznań. Tak, mogłoby być ciekawie…
Dziewczyna z coraz bardziej szczerym uśmieszkiem obserwowała przerażenie pojawiające się w oczach Narcyzy. Pewnie zdążyła skojarzyć fakty. Matka Charleen była największą plotkarą jaki znał świat czarodziejów. Ale nie tylko ona rozpowiadała różne ciekawe, nie zawsze prawdziwe, informacje, ludzie również opowiadali takie jej. Kiedyś wśród nich była też Narcyza Malfoy. Głupota, głupota, głupota.  Jak mogła do czegoś takiego dopuścić?
-Prorok Codzienny miałby używanie.  Może ,gdybym nie była poszukiwana listem gończym oczywiście, mianowaliby mnie naczelną kolumny towarzyskiej? Zabawny jest ten „brak długów wdzięczności”, prawda?
Oczy pani Malfoy zwęziły się do szparek, z których ziała czysta nienawiść. Nie umiała trzymać fasonu w takiej sytuacji. Cóż za bezczelność!
-Myślisz, że kilka skandali jest warte tyle samo co bezpieczeństwo mojego dziecka?- syknęła.
Młoda Zabini przechyliła głowę tak samo jak to przedtem zrobiła Narcyza. Już wiedziała, że zdobyła przewagę.
-Tak, tak właśnie myślę. Zwłaszcza, że bezpieczeństwu pani syna nic nie zagraża. A waszej reputacji i owszem. No i niech pani pomyśli, jeśli zostanę uniewinniona nie zmieni się tylko moje położenie, ale i położenie wszystkich ślizgonów. Odzyskamy szacunek. W jaki sposób, to już moja sprawa.
Narcyza z trudem powstrzymała się od rzucenia się z paznokciami do gardła Charleen. Wygrała. Cholerna, bezczelna gówniara wygrała. Jednak nie zamierzała dać jej tego powodu do radości tak szybko. Godność przede wszystkim.
-Nie przeceniasz zbytnio swoich możliwości?
Pani Malfoy chwyciła za druga filiżankę z już dawno zimna herbatą, aby czymkolwiek zająć ręce.
-Powiedzmy tak: niech pani uwierzy mi na słowo. Dobrze pani na tym wyjdzie, zapewniam.
Charleen uśmiechnęła się z triumfem.  Nie musiała długo czekać aż Narcyza wstała z fotela, podeszła do starego sekretarzyka, wyciągnęła jakiś świstek papieru i nabazgrała coś na nim drżącą ręką.
Kobieta podeszła do niej i wcisnęła jej karteczka w dłoń.
Młoda Zabini nie odrywała swoich roześmianych i pełnych uczucia zwycięstwa oczu, od jej. Tych zmęczonych i przepełnionych złością. Aż w końcu ciekawość wzięła górę i spojrzała na skrawek drogiej papeterii zapełnioną pochyłym ,eleganckim pismem.
Westchnęła. Czeka ją daleka podróż.
Kiedy już się pożegnała i teleportowała do jakiegoś bezpiecznego miejsca zostawiając panią domu samą, ta mogła nareszcie dać upust swoim emocją.
Żałowała samej siebie. Tego, że jest taka słaba. Tego, że tak bardzo boi się co ludzie powiedzą. Ale teraz nie ma już odwrotu. Sama uruchomiła machinę pełną nieprzychylnych dla jej rodziny zdarzeń.
Opadła na fotel i ukryła twarz w dłoniach.
-Namiesza w naszym życiu, namiesza- szepnęła sama do siebie- Krzyżyk na drogę.
Otrzepała suknię, wstała i znowu przybrała swoją nieodgadnioną maskę.
Poszła do kuchni kazać skrzatom kupić herbatę. Różaną.

***
*tytuł: "Stary, lecz nie aż tak stary. Młody, lecz nie tak zarozumiały"~ One Republic "Counting stars". Chciałam odnieść się do osobowości i zachowań Narcyzy i Charleen :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz